John Brunner, „Wszyscy na Zanzibarze” – nie-powieść o XXI wieku

Wszyscy na Zanzibarze to była chyba najdłużej czytana przeze mnie książka. Chociaż objętościowo prawie siedemset stron nie wydaje się dużym wyzwaniem, treść jest wymagającym, trudnym i ambitnym dziełem. Na początku musiałam przyzwyczaić się do specyficznego stylu, ale kiedy już mi się to udało, powieść wciągnęła mnie bez reszty.

Sęk w tym, że nie ma żadnego „poza”, a całe te gadanie o „wyrzutkach ze społeczeństwa” czy „nieuczestniczeniu” to wiadro wielorybiej mierzwy. Tylko fakt, że produkujemy gigantyczne ilości śmiecia, pozwala niektórym z nas się wycofać – korzystamy z powierzchownej zamożności, którą konformiści zagłuszają nudę. W gruncie rzeczy mówienie o funkcjonowaniu poza społeczeństwem jest równie bezsensowne, jak mówienie o funkcjonowaniu poza wszechświatem – tam po prostu nie ma gdzie funkcjonować.

Akcja rozgrywa się w 2010 roku (warto pamiętać przy tym, że książka została napisana w roku 1968), kiedy to świat boryka się z przeludnieniem. Ludzie żyją w społeczeństwie pozorów, środków odurzających i natarczywych przekazów medialnych. Ustawodawstwo eugeniczne sprawuje kontrolę nad rozrodczością, utrudniając lub uniemożliwiając rozmnażanie osobom o nieodpowiednich cechach dziedzicznych. Wszyscy na Zanzibarze porusza problematykę kontroli urodzeń, ale także wizję optymalizacji genetycznej – modyfikacji genów w zapłodnionej już ludzkiej komórce tak, aby dziecko miało konkretne cechy, pożądane przez przyszłych rodziców.

Jeśli chodzi o aspekty technologiczne, Brunner nie zaszedł daleko. Nie można się dziwić, w końcu w latach 60. komputeryzacja była dopiero w powijakach (chociaż sama koncepcja Salamansara to śmiała polemika z wizją sztucznej inteligencji). Nachodzi mnie pewna refleksja, kiedy czytam tego rodzaju prognozy dla społeczeństw. W powieściach sci-fi postęp technologiczny (lub ogólnie w sferze nauki) i społeczno-obyczajowy przebiegają zazwyczaj równolegle. Z kolei w rzeczywistości obserwujemy całkiem inną zależność. W czasach obecnych rozwój technologiczny przyspiesza w tempie geometryczny, nie niosąc ze sobą równolegle szybkich zmian w obrębie społecznym. Tę zależność zauważył Martin Ford w opracowaniu Świt Robotów, gdzie pojawiło się założenie, że nie potrafimy korzystać ze zdobyczy technologii w celu polepszania życia społeczeństw. Nie chcę Was zanudzać dygresjami na ten temat, więc wróćmy już do książki.

Uważam, że dzieło Johna Brunnera jest jedną z najlepiej i najdokładniej skonstruowanych książek SF jakie czytałam. Inteligentna, socjologiczna powieść z wizją dopracowaną w każdym szczególe. Duża ilość wątków pobocznych i ciekawych historii jeszcze lepiej przybliżają kondycję skonstruowanego społeczeństwa. Struktura powieści z pewnością nie należy do takich, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Losy bohaterów przeplatane są fragmentami zaczerpniętych z leksykonów, książek, raportów (oczywiście fikcyjnych), informacyjnego szumu, wiadomości, transkrypcji rozmów itp. Na początku może też zaskakiwać liczba neologizmów (dla tłumacza, Wojciecha Szypuły, było to z pewnością duże wyzwanie) takich jak moje ulubione spoksy, odjazdyna, progen, mierzwa, wściek czy świat tu-i-teraz. Fabuła nie należy do tych przygodowych i pełnych zaskakujących zwrotów akcji, chociaż jest ciekawy wątek szpiegowski trzymający w napięciu. To raczej głęboka, socjologiczna analiza społeczeństwa. Bohaterów jest całkiem sporo, ale akcja skupia się głównie wokół trójki z nich: szpiega – Donalda Hogana, wiceprezesa korporacji General Technics – Normana House'a oraz socjologa – Chada Mulligana. Trzecia postać jest najbardziej interesująca z całej trójki i szczególnie przypadła mi do gustu. Mulligan prezentował bardzo trafne przemyślenia w dobitny sposób. Sprawiał wrażenie osoby najbardziej świadomej ze wszystkich.

Wszyscy na Zanzibarze to wartościowe dzieło klasyki science fiction w ponurym klimacie, które na długo zostanie w mojej pamięci.


Moja ocena: 9/10

  • Marcin Zakrawacz

    Poruszanie tej eugeniki bardzo mi się podobało, myślę że to świetny patent na przyszłość 😀

    • Faktycznie, interesująca koncepcja nie wiem tylko czy do wykonania. Aczkolwiek, gdzieś już w mediach poruszano podobne tematy, ale chyba chodziło bardziej o optymalizację genetyczną.

  • To jeszcze jedne z moich podrygów recenzowania dla portali. W podsumowaniu recenzji dla Poltera napisałem tak:

    „Pesymistyczne wizje autora przerażonego nasilającym się konsumpcjonizmem w pewnej mierze się spełniły, a w pewnej nadal mogą stanowić przestrogę. Stworzony przez niego złożony i pełen chaosu świat intryguje w przygnębiający sposób oraz przygnębia w intrygujący sposób. Innymi słowy: trudno obok takiej książki przejść obojętnie.”

    No i dałem taką samą ocenę.

    • Jeśli podobają Ci się pesymistyczne wizje to polecam twórczość Waltera Tevisa („Przedrzeźniacz” i „Człowiek, który spadł na Ziemię”). Chociaż to krótkie opowieści i świat nie jest tak rozbudowany, wizje autora są chyba jeszcze bardziej przygnębiające i zmuszające do refleksji.

  • Adrian Pawłowski

    Johna Brunnera czytałem Na fali szoku, nie przekonała mnie ta książka do siebie. Może z Zanzibarem będzie inaczej:) Tak się złożyło, że mam już wszystkie kompletne Artefakty. Potrzeba tylko czasu by zabrać się za czytanie;)

    • Dla mnie to pierwsze spotkanie z twórczością Brunnera, ale na pewno sięgnę po kolejne jego powieści. No właśnie, gdyby tylko doba była dłuższa 😉

  • raistand

    Czeka w kolejce.

    • Jestem ciekawa Twojej opinii jak już będziesz po lekturze 🙂

      • raistand

        Może mnie to zmotywuje bo już zapominam co miałem czytać… Muszę jakąś listę zrobić. Na razie muszę przeczytać „Wrota obelisków” N.K. Jemisin a jeszcze jutro nowy Pilipiuk…

        • Czyli warto sięgnąć po Norę Jemisin? Myślałam żeby się wyposażyć w „Piątą porę roku”, ale chyba poczekam jak cała trylogia już zostanie wydana.

          • raistand

            Warto. Nieco wysiłku kosztuje przyzwyczajenie się do sposobu narracji. Nie ma tu też opisu świata podanego „na tacy”. Czytelnik musi sam wszystko sobie składać w całość. Największą wadą jest to, że to pierwsza część cyklu. No i jest pisana w teki sposób, że to widać. Wszystkie wątki dopiero się zaczynają. Same pytania i żadnych odpowiedzi.
            I na litość boską nie wiem kto wepchał ten rok do tytułu. Tu nie chodzi o porę roku. Chodzi o PORĘ (sezon), która co jakiś czas nastaje.

          • Czyli zaczekam do ukazania się całej serii 🙂
            Mogli zostawić po prostu „Piąta pora”, ale pewnie tak brzmi bardziej intrygująco 😀